Andrzej Babiński 1938–1984
Palmiarnia

010-andrzej-babinski-palmiarniaZ dumy słonecznej jest ten szczegół – fontanna
poznajesz się w odbiciu wszystkich luster
Muszla, palmiarnia, tynk

Przed palmiarnia


Andrzej Babiński związany był z Poznaniem od lat pięćdziesiątych do 14 maja 1984 roku – czyli do dnia swojej śmierci, na którą zdecydował się, skacząc z mostu Marchlewskiego (obecnie most Królowej Jadwigi) na betonowy brzeg Warty. Do stolicy Wielkopolski przybył z Białegostoku, gdzie się urodził i spędził dzieciństwo. Współtworzył atmosferę poznańskiego życia literackiego, przyjaźniąc się z takimi poetami, jak Wincenty Różański i Jerzy Szatkowski. Różański powiedział o nim: „Był gwałtowny, nie przystający do literatury i do rzeczywistości. Tworzył swój własny świat”. Na owo tworzenie własnego świata wpływ miała choroba psychiczna poety – stwierdzona schizofrenia paranoidalna. Za jego życia wyszły zaledwie dwa tomiki: Z całej siły (1975) oraz Znicze (1977). Pośmiertnie ukazały się dwa wybory poezji: Znicze i inne wiersze (1954–1983), Uwierzenie moje (2000). Poznań to dla Babińskiego miasto majestatycznych budowli, będących świadectwem silnych oddziaływań pruskich, a zarazem ulotności. Bardzo częstym elementem tego doświadczenia jest słońce. Miasto zatopione w skwarze cechuje się ambiwalencją. Poznań jest „gniewny jak grzywa lwa”, a jednocześnie „czysty jak lilia” (Poznaniu gniewny jak grzywa lwa…). Ostatecznie miasto odrywa się od świata, stając się tworem osobnym i zamkniętym. Jednocześnie pozostaje w relacji do człowieka, który stanowi o jego tożsamości. Wydaje się nieruchome, ale w istocie jest ono wiecznym ruchem – „Poznań nigdy nie zastygły jak lawa jest w tobie i we mnie” (Skalna szczelina). Rozrost następuje przede wszystkim w górę, to „ścianami stwarza się” Poznań, „przewalcza”, „powiela” „z poddasza nad poddasza”. Czy to ruch w kierunku wertykalnym powoduje, iż „Poznań to ten, co nie wyszedł wobec ciebie krokiem naprzód”? Wejście do miasta wiązałoby się więc z trudem, jest ono bowiem „skalną szczeliną świecącego słońca”. Jego treścią zdaje się trud przekształcania, kształtowania się. Miasto to ludzie objęci twórczym szałem ruchu, dlatego też to oni wychodzą ku miastu, a nie miasto ku nim. Jest wreszcie miasto gadem-salonem, prześlizguje się, nie zostawiając śladu (Ukamienowany w stopach). Między nim a człowiekiem zarysowuje się negatywna relacja – obcość. Próba asymilacji kończy się fiaskiem. Człowiek żyje „ukamienowany w stopach”. Jan Marx, redagujący w latach siedemdziesiątych „Poezję”, w której drukował wiersze Babińskiego, pisał o nim we wstępie do Legendarnych i tragicznych: „[…] pijak i schizofrenik, którego synergiczny związek pomiędzy alkoholizmem i szaleństwem uczynił jednym z najsławniejszych poetów Poznania […]”. Zaliczył go do grona „poetów przeklętych”, „szokującego czytelników zarówno żywiołową bezceremonialnością swych wierszy, jak ostentacyjnym chamstwem werbalnym i obrazoburczym sposobem bycia”. Nie mniej dosadnie pisał o Babińskim w poświęconym mu eseju Rytuały śmierci: „przez kilkanaście lat szokował nobliwy Poznań swym zachowaniem, które zresztą zarówno miejscowe władze, jak poeci, prozaicy i działacze kultury tolerowali z chwalebną wyrozumiałością”. Podkreśla, że mimo popadania w szaleństwo Babiński był zawsze zapraszany na imprezy literackie w mieście: „Przyglądałem mu się podczas słynnych międzynarodowych listopadów poetyckich, na które organizatorzy, nie bacząc na jego obsceniczne występy estradowe, podczas których nie tylko czytał swoje wiersze, ale także opowiadał […] prostackie dowcipy o poznaniakach, zaś zażenowane, choć bywało że nieźle już nabuzowane audytorium, wszak uczestnicy listopadów […] pijali na tych spędach ostro, wysłuchiwało uprzejmie do końca popisu poety […]”. Ostatni wers autotematycznego wiersza Babińskiego zabić! (1979) mówi o pośmiertnym zwycięstwie poezji i poety: „Ale po latach, gdy wypływa mój trup i ja… wracam do – życia…”. Wiesław Kazanecki pamiętał inaczej to przesłanie, o czym pisał w wierszu Do Andrzeja Babińskiego (1986): Gdy uciekałeś przez Polskę z Poznania na wschód, na wschód znicze wszystkich cmentarzy unosiłeś w swojej torbie płóciennej […] Wołałeś: Ratujcie, ratujcie, Ratujcie ciała pomników […]

Marcin Malczewski
Paweł Cieliczko

 

Palmiarnia

Sam tytuł wiersza jednoznacznie wskazuje miejsce. Poeta opisuje wrażenia sprzed poznańskiej Palmiarni, która znajduje się w północnej (geometrycznej) części parku Wilsona. Ten pierwszy publiczny park w Poznaniu utworzony został w latach 1902–1904 u zbiegu ulic Matejki, Berwinskiego i Głogowskiej, na terenach dawnej szkółki drzew i krzewów ozdobnych, prowadzonej od 1834 r. przez Towarzystwo Upiększania Miasta jako Ogród Botaniczny. W 1910 r. włączono go do terenów wystawy ogrodniczej organizowanej w ramach Wystawy Wschodnioniemieckiej Przemysłu, Rzemiosła i Rolnictwa. Wtedy wzniesiono pierwszy budynek Palmiarni (ponad 500 m²) z kopulastym przeszkleniem i dwoma skrzydłami bocznymi. Po wojnie obiekt zmodernizowano, w 1922 r. otwarto w nim akwaria, w których w 1924 r. zamieszkały nawet krokodyle. Nowy budynek Palmiarni wzniesiony został na Powszechna Wystawę Krajowa w 1929 r. Miał ponad 1700 m² i składał się z 7 przeszklonych pawilonów. Zniszczona podczas alianckich nalotów Palmiarnia została odbudowana i udostępniona gościom już wiosna 1946 r. Funkcjonowała nieprzerwanie do 1978 r., gdy zamknięto ja ze względu na bardzo zły stan techniczny. Budowa obecnych obiektów rozpoczęła się w 1983 r., nowa Palmiarnie otwarto w 1992 r. Składa się z 10 pawilonów, ma ponad 4600 m² powierzchni, można w niej podziwiać 1100 gatunków roślin, ponad 150 gatunków ryb, a także… rzeźbę Maxa Klingera Kąpiąca się. Palmiarnia to jednak przede wszystkim emocje związane z wyprawa do egzotycznego świata. Jak wspominał wybitny kompozytor Jan A.P. Kaczmarek: „Przyjechałem kiedyś z mojego rodzinnego Konina do Poznania. Miałem wtedy pewnie jakieś osiem, dziewięć lat. Kolosalne wrażenie zrobiła na mnie palmiarnia. […] Liście większe niż dziecko, ogromne drzewa i oszołamiający zapach. Palmiarnia wydawała mi się wtedy ogromnym miejscem, w którym można się zagubić. Z wielką ostrożnością poruszałem się po tym gąszczu zieleni, podejrzewając, że możne na mnie czyhać jakaś zasadzka. Jako mały chłopiec czytałem wiele książek, opowieści o podróżach, o piratach z Karaibów, Robinsona Crusoe, wiec kiedy wszedłem do palmiarni, wyobrażałem sobie, ze to jest miejsce, w którym niektóre z tych opowieści mogły się wydarzyć. […] Zieleń i tropikalny klimat zupełnie wytraciły mnie z równowagi. Myślałem wtedy, ze już nigdzie na świecie nie może być bardziej egzotycznie niż w tym miejscu. To było moje najżywsze przeżycie, które już nigdy potem z taką intensywnością się nie powtórzyło”.

Paweł Cieliczko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *