Emil Zegadłowicz – Ulica Fredry

402-emil-zegadlowicz-ulica-fredry1888-1941

Trzy lata (od 1-go września 1927-go roku) zdawałoby się zmarnowane – wykreślone z twórczości – bez spokoju – bez skupienia – bez ciągłości – Tak nie jest! Napad – olśnienie (jak kilka razy przedtem z życiu) w ów dzień wiosenny na ulicy Fredry – decyduje i nagradza – pokrywa wszelkie straty.


Notatnik Emila Zegadłowicza

 

Emil Zegadłowicz urodził się i wychował się w Gorzeniu Górnym, a nauki uniwersyteckie pobierał w Krakowie. Z Poznaniem związał się, publikując na łamach ekspresjonistycznego dwutygodnika „Zdrój”, który wychodził w latach 1917-1922. Zegadłowicz nie próbował w swej twórczości lirycznej portretować stolicy Wielkopolski. Nie uczynił tego nawet wówczas, gdy – jako dyrektor artystyczny Teatru Polskiego – w latach 1927-1932 zamieszkał na stałe w Poznaniu. Poznań nigdy nie stał się dla poety źródłem inspiracji twórczej, jakim przez całe życie pozostawał rodzinny Beskid. Niedobrze znosił życie wielkomiejskie, a bliskie mu idee ekspresjonizmu niemieckiego wspierały jego nastawienie antyurbanistyczne.
Zegadłowicz oceniał stolicę Wielkopolski i jej mieszkańców krytycznie, a przecież nie szczędził wysiłków, by panującego w Poznaniu „pruskiego” ducha natchnąć do działań na rzecz sztuki. W maju 1927 r., znany już szerokiej publiczności autor licznych tomów poetyckich i świeżo wydanej powieści oraz tłumacz Fausta Goethego, przyjechał do Poznania, by w uniwersyteckim Kole Polonistów wygłosić odczyty: O kształtowaniu się idei oraz Polski „Faust” i polski teatr. W tymże miesiącu odbyła się w Poznaniu premiera jego sztuki Betsaba, po czym zaproponowano poecie objęcie stanowiska kierownika literackiego Teatru Polskiego. Zaprzyjaźniona z nim aktorka Stanisława Wysocka nie przebierała w słowach, by opisać poznańskie środowisko artystyczne: „Musisz zmienić pojęcie o Poznaniu, ku któremu ciążyłeś ongi […] – to są Niemcy z duszy […] to parszywa prowincja […]. W tym grodzie nie można tworzyć. Zrozumiałe – że ci, co nawet stamtąd pochodzili – uciekli – dusza – która poczuje się dobrze – zatyje i skończy się […] tak mroczno dookoła”.
Mimo ostrzeżeń Wysockiej posadę przyjął i sprowadził się z żoną i córkami do Poznania. Rodzina Zegadłowiczów zamieszkała na Chwaliszewie 15/16, na drugim piętrze. Chwaliszewo musiało wyjątkowo przypaść Zegadłowiczowi do gustu, a przynajmniej okazało się na tyle interesujące, by jego nazwa stała się tytułem projektowanego przez niego zbioru nowel, które pisarz określił w notatniku jako „obserwacje szczegółowe – bez fabuły”. Jako dyrektor teatru, chciał placówkę tę uczynić miejscem, gdzie dokonać się może „wielkie odrodzenie ludzkości, odrodzenie etyczne, zdrowe i młode”. Potrafił jednocześnie zadbać o własną karierę dramatopisarza. Na deskach kierowanego przezeń teatru wprowadził swoje jasełka – Gdy się Chrystus rodzi… oraz Turandot Carla Gozziego w swoim przekładzie, a w 1927 r. w Teatrze Nowym wystawiono jego groteskę – Łyżki i księżyc. Dyrektorowanie zakończył po trzech sezonach.
W czasie pobytu w Poznaniu zaangażował się w liczne inicjatywy kulturalne, spośród których wymienić warto współpracę z poznańskim radiem (Zegadłowicz był od 1929 r. członkiem Zarządu Radia Poznańskiego), działalność dydaktyczną w szkole dramatycznej, pracę publicysty i redaktora w poznańskim dwutygodniku teatralnym „Świat Kulis”, a także członkostwo w Zarządzie Towarzystwa Miłośników Grafiki. Wraz z Arturem Marią Swinarskim i Władysławem Roguskim założył w 1928 r. Kabaret Artystyczno-Literacki „Ździebko”, z którym współpracowali: Zenon Kosidowski, Franciszek Łukasiewicz, Ludwik Puget oraz Stefan Papée. Inicjatywa ta rozpadła się po dwóch latach, ale stała się zaczynem dla kolejnych poznańskich kabaretów: „Różowa Kukułka” (1931) i „Klub Szyderców pod Kaktusem”(1932-1935).
Zegadłowicz redagował także (od 1928 r.) poznańskie pismo katolickie „Tęcza”, firmowane przez Drukarnię i Księgarnię św. Wojciecha. Współpraca z prawicowym pracodawcą była trudna dla artysty wyznającego bardziej laickie poglądy i krytycznie odnoszącego się do instytucji kościelnych, toteż ostatni raz jego nazwisko pojawia się na łamach „Tęczy” w 1929 r.
Zegadłowicz3zawsze traktował pobyt w Poznaniu jako tymczasowy. Dowodzą tego ponawiane próby znalezienia zatrudnienia w teatrach Krakowa i Wilna. Daleko jaśniejszą stroną poznańskiego okresu życia poety była przyjaźń z poznańskim wydawcą, Janem Kuglinem, w którego oficynie wydał liczne tomy bibliofilskie (np. publikowane wcześniej ballady z drzeworytami beskidzkiego artysty Jędrzeja Wowry).
Po kilku latach pobytu, zdecydowany opuścić Poznań, uczynił to w sposób, który na długo zapadł w pamięć środowisku poznańskiemu. Na łamach „Dwutygodnika Literackiego” w grudniu 1931 r. opublikował List pasterski, w którym nazwał Poznań „rezerwatem średniowiecznym”, „gdzie świętość stała się kramarstwem, świątynia – bankiem, a celem syty kałdun”. Autor listu (podpisanego „Emilencja”) przestrzegał swych „braci w poezji” przed „złą, krzykliwą, zapienioną, podstępną małością, czyhającą za każdym węgłem” w znienawidzonym „Klechistanie”. List nie zawierał właściwie żadnych faktów, a tylko niewiele mówiące ogólniki (jedynym konkretnym przykładem poznańskiej „zgnilizny moralnej” jest odmalowana w dramatycznych barwach historia powstania pomnika Najświętszego Serca Jezusowego: „W czasie wzmożonej nędzy, bezrobocia, głodu, chorych, niedokarmionych dzieci […] stawia się za wdowi grosz straszliwy (ideowo i artystycznie) złom głazów… w imię czego? – w imię (o ironio!)… Serca Jezusowego! Oto symbol pychy i zimna”).
Zegadłowicz wyjechał z Poznania do Gorzenia Górnego w kwietniu 1932 r. W książce Piszemy listy (1937), złożonej z listów czytelników Motorów i Zegadłowiczowskich komentarzy, pisarz nie pominął okazji do wyrażenia raz jeszcze swego zdania o stolicy Wielkopolski: „List nadszedł z… Poznania! Z polskiej Wandeji! Znam ją dobrze! Ultimam falsus vates sim – ale ta dzielnica da się jeszcze Polsce we znaki: nie szukajcie jej nigdy po stronie wolności człowieka i wielkich ludzkich ideałów: stawiajcie na nią jako obrońcę reakcji, przesądu i obskurantyzmu”.
Katarzyna Szewczyk-Hakke

no images were found

Ulica Fredry

Ulica Fredry wytyczona została w XIX wieku – „Kończyła początkowo swój bieg na linii fortyfikacji […]. Traktowana była jak przedłużenie ulicy 27 Grudnia i dlatego – tak jak ona – zwała się Berlińską. Po wzniesieniu neogotyckiego kościoła pod wezwaniem św. Pawła Prusacy nazywali ją również imieniem patrona” – pisał Zbigniew Zakrzewski. Polacy zmienili patrona zarówno ulicy jak i kościołowi. Ulica zyskała Aleksandra Fredrę, którego wcześniej nic nie łączyło z Poznaniem, natomiast świętego Pawła zastąpił sam Najświętszy Zbawiciel.
Neogotycki ewangelicki zbór wzniesiono w latach 1866-1869, na działce i z funduszy podarowanych miastu przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV, a świątynię zaprojektował Friedrich August Stüller, jako rozwinięcie koncepcji kościoła św. Bartłomieja w Berlinie. W 1946 r. przejęty został przez katolików i do czasu odbudowania kościoła św. Marcina pełnił rolę świątyni parafialnej. W latach 90. odsłonięto przed bramą kościelną głaz upamiętniający Piotra Majchrzaka, który został zamordowany przez ZOMO podczas jednej z demonstracji w latach 80, a z okazji jubileuszu 2000 lat chrześcijaństwa przed plebanią stanęła figura Chrystusa, która już ze względu na swe rozmiary, nie wzbudziłaby zachwytu Emila Zegadłowicza.
Za kościołem znajduje się gmach Collegium Maius, użytkowany przez Uniwersytet im. Adama Mickiewicza oraz Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego. Charakterystyczny budynek wzniesiony w stylu zwanym neobarokiem wilhelmińskim powstał w latach 1905-1909 jako siedziba Królewskiej Komisji Osadniczej, zwanej potocznie Hakatą, wykupującej ziemię z rąk polskich i przekazującej ją niemieckim osadnikom. Dziś kształcą się w nim przyszli lekarze i poloniści.
Przy krótkiej ul. Fredry znajduje się także gmach Teatru Wielkiego opisany przy haśle poświęconym Heinemu, dawny Zamek Cesarski przedstawiony w prozie Julii Jaworskiej oraz kamienica z restauracją WZ wspominana przez Aleksandra Jantę-Połczyńskiego. Znając Emila Zegadłowicza można podejrzewać, że to właśnie ostatnie z wymienionych miejsc mogło stać się dla niego przestrzenią, w której przeżył wspomnianą epifanię na ul. Fredry.
Paweł Cieliczko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *