Ida Fink ur. 1921
Filharmonia Poznańska

080-ida-fink-filharmonia-poznanska

W drugim roku pobytu w P. zaszły dwa wypadki, które gwałtownie osłabiły jej sympatie dla miasta, które polubiła za czystość i porządek. Starszego syna, Dawida, pobili w szkole koledzy, wołając: „bij Żyda, bij Żyda”, i chłopak od tego czasu zaczął się garbić, jakby stale czekał na cios. Drugi wypadek miał miejsce w pięknym holu filharmonii i wymowę miał równie silną, choć dyskretniejszą w formie. W przerwie recitalu znanego pianisty usłyszała Julia półgłosem wymówione zdanie: „Nawet tutaj nie można się od nich opędzić…”. Zrezygnowała z dwóch ostatnich, ulubionych sonat Beethovena (była melomanką intuicyjną, bez wykształcenia) i opuściła gmach filharmonii, by więcej tam nie powrócić. Ponieważ w tym roku w wielu lokalach wywieszono tabliczki z napisem „Psom i Żydom wstęp wzbroniony”, pozostały tylko spacery nad rzeką opływającą to czyste, zgermanizowane miasto. Synowie odetchnęli, kiedy w czerwcu skończył się rok szkolny i matka zabrała się do pakowania waliz na wakacje. Mieli je spędzić w rodzinnym Z.

Julia

Ida Fink zaledwie w kilku zdaniach portretuje międzywojenny Poznań. To jej ulubiona metoda: skrawki czasu, skrawki miejsca. Nie ma tu panoramy, jest miejsce na gest, spojrzenie, kilka słów. To gorzki portret miasta. Fink nie wystawia mu rachunku. Pokazuje tylko szkołę, w której bije się żydowskie dzieci, koncert z raniącymi uwagami odnoszącymi się do żydowskiego pochodzenia bohaterki, kawiarnię z antysemicką tabliczką. Być może była to kawiarnia Dobskiego, a „bij Żyda” wołano w „Paderku” (LO im. I. J. Paderewskiego). To mniej ważne. Fink w kilku słowach uchwyciła tę duszną, antysemicką atmosferę miasta, które początkowo polubiła za „czystość i porządek”. Miasta, w którym ukazywały się ohydne antysemickie pisma „Pająk” i „Pod Pręgierz”, a Żydzi mieli w nich twarze szczurów. Julia z tym bagażem opuszcza Poznań. Wybucha wojna. Trafia do getta. Giną najbliżsi, jej synkowie. Czarna nić ciągnie się w tym opowiadaniu od Poznania po Izrael. Zostaje zerwana, gdy Julia umiera. „Tej nocy – pisze Fink – Julia ujrzała synów i wzywała ich do siebie”.
W prozie Idy Fink nie ma miejsca na wielką opowieść historyczną, na dokumentację grozy wojny, na wielki lament. Minęło przecież wiele lat, a ból, którego doznała, rozpacz, zostały wielokrotnie przepłakane, przeżyte. Dzisiaj Ida Fink wydobywa z przeszłości to, co najmniejsze, ale nadal prawdziwe. Tworzy swój pamiętnik Zagłady, osobistą kronikę czasów. Opowiada o tym, co ostatecznie zostało w niej na zawsze, co okazało się niezniszczalne, co stało się chemią jej organizmu, serca i pamięci. Dlatego tak wyjątkowa jest jej proza na tle literatury Holocaustu. Fink wie, że ten świat wraz z ostatnimi świadkami odpływa… Jeszcze kilka lat i nikt, kogo dotknęła Zagłada, nie opowie o tamtych czasach. Kto wtedy będzie kontynuował te opowieści? Czy będą to kuglarze literatury, a temat Zagłady będzie gorzej lub lepiej sprzedającym się towarem?
Bohaterką prozy Fink jest cisza. To przecież ona, jak się wydaje, osaczała bohaterów najmocniej. „Ludzie w czasach Zagłady odchodzili w ciszy” – pisze Fink. Nie tylko w ogniu, zgiełku, tłoku. Nie mogli pojąć, że to im się naprawdę przydarzy. Byli jak skamieniali, bo i sytuacje, w których się znaleźli, były im obce. Wrzask katów i cisza ofiar. To jest podstawowe doświadczenie postaci opowiadań z Odpływającego ogrodu.
Bohaterem Idy Fink jest także czas. Autorka napisze: „Chcę opowiedzieć skrawek czasu mierzonego nie miesiącami, od dawna chciałam opowiedzieć ten czas i nie tak, jak to uczynię teraz, nie tylko jeden jego skrawek. Chciałam, lecz nie mogłam, nie umiałam, bałam się także, że ten drugi czas (ten drugi mierzony już miesiącami i latami), który nałożył się warstwą lat na tamten, spłaszczył go i zniszczył we mnie, lecz nie, kiedy dziś grzebałam w rumowisku pamięci, odnalazłam świeży i nietknięty zapomnieniem. Ten czas mierzony nie miesiącami, lecz słowem…”.
Fink odkrywa skrawki czasu dzięki słowom. W opowiadaniu Świnia pokazuje ukrywającego się w stodole człowieka. Świat ogląda on jedynie przez szparę w deskach. Pewnego razu zbudził go szum aut. Rozpoznał ciężarówki wypełnione po brzegi ludźmi. Tłum gapiów obserwował przy drodze przejeżdżający transport. W pewnej chwili rozległ się nieludzki pisk. Tłum rzucił się ku drodze. Mężczyzna pomyślał: ktoś próbował uciec. Kiedy wieczorem spytał ukrywającego go gospodarza, co się stało, ten odpowiedział: „Żeby ich szlag trafił! Świnię przejechali!”. Fink nie komentuje. To oschłość jest tu wstrząsająca. Pisarka dotyka najboleśniejszych stron życia w czasach Zagłady. W opowiadaniu Skok pokazuje dziewczynę o imieniu Anka, jej męża i ojca. Oto pewnego dnia esesman kierujący akcją staje przed budynkiem gminy, wyjmuje kartkę i głośno czyta nazwisko męża Anki. Ojciec, członek gminy, bez słowa idzie do innego domu, puka do schronu, namawia zięcia do wyjścia, a potem prowadzi go do esesmana. „Jak żyła potem z ojcem pod jednym dachem? Czy patrzyli sobie w oczy? Co mówili?” – czytamy w opowiadaniu. Na te pytania pada znamienna odpowiedź: „To są sprawy, których nawet domysłem nie należy tknąć. Wystarczą fakty”.
Opowiadania Idy Fink rekonstruują ułamki pamięci. „To praca bolesna” – przyzna pisarka. A jednak dzięki prostemu językowi udaje się jej pokazać straszne, ludzkie historie. Chociaż skrawki czasu wędrują przez coraz bardziej gęstniejącą mgłę, Ida Fink wydobywa „fragmenty” ludzi, okruchy ich losu, fakty wydawałoby się bezpowrotnie zatopione w niepamięci do- tykającej przecież także i Poznania.
Ida Fink urodziła się w 1921 r. w Zbarażu. W 1942 r. uciekła z getta i ukrywała się do końca wojny. Od 1957 r. mieszka w Izraelu (w Holonie). Opublikowała m.in. powieść Podróż (1990), zbiory opowiadań Skrawek czasu (1976) i Ślady (1996). Otrzymała nagrodę im. Anny Frank, nagrodę Buchmanna Instytutu Yad Vashem, a także nagrodę Premio Moravia. Jej nazwisko znalazło się na ogłoszonej przez National Jewish Book Center w Nowym Jorku liście stu najważniejszych autorów żydowskich.

Zbigniew Pakuła

Filharmonia Poznańska

W latach dwudziestych minionego wieku mieszkańcy Poznania chcieli powołać Filharmonię Poznańską. Jednak wtedy nazwa ta nie łączyła się z żadną instytucją organizującą koncerty, ze specjalnym budynkiem czy salą. Raczej wyrażała tęsknoty muzyczne i aspiracje poznaniaków. W 1919 r. powstała natomiast w Poznaniu Opera z pełną orkiestrą. Rozszerzono więc jej działalność i w sali operowej pojawiły się koncerty symfoniczne Filharmonii Poznańskiej, nieczęste i nieregularne, bo trzeba je było pogodzić z repertuarem operowym. Marzenie o samodzielnej orkiestrze symfonicznej zostało zrealizowane dopiero w 1931 r. To wtedy 14 października 1931 r. odbył się pierwszy koncert Orkiestry Symfonicznej Stołecznego Miasta Poznania. Taka była nazwa oficjalna, ale nieoficjalnie (nawet pisano tak na afiszu) pojawiała się nadal Filharmonia Poznańska.

Zbigniew Pakuła

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *