Joanna Jodełka – Kościół Maryi Królowej

132-joanna-jodelka-kosciol-maryi-krolowejur. 1973

Widok też był niesamowity, i to na początku kwietnia, w deszczowy dzień. Dachy okolicznych kamienic, balkoniki i wieża kościoła Maryi Królowej z olbrzymim zegarem. Teraz w lekkiej mgle wszystko to wyglądało zjawiskowo, a co dopiero latem albo nocą.

Polichromia*
*zbrodnia o wielu barwach

„Poznań to piękne miasto i to nie był przypadek, że właśnie Poznań wybrałam na miejsce, gdzie chciałam studiować, a teraz mieszkać. Jest w nim coś dziwnego. Jest duże, a jednocześnie takie kameralne. To dziwne, ale czasami odnoszę wrażenie, że wszyscy się tu znają. Interesujący są też sami poznaniacy – mam wrażenie, że znacznie bardziej pragmatyczni niż mieszkańcy innych części kraju. W Poznaniu nie sprzedają się luksusowe nieruchomości, tu się mierzy siły na zamiary, szanuje się pracę i rozsądnie planuje przyszłość. Jednocześnie wszyscy są bardzo dumni z tego, że to tu były początki państwowości polskiej, że prowadzono skuteczną politykę w czasach zaborów oraz że jedyne wygrane powstanie to powstanie wielkopolskie” – wyznawała w wywiadzie pochodząca z Siedlec Joanna Jodełka, która do Poznania przybyła, by studiować historię sztuki i tu już pozostała…
Życie pisarki jest jednak tylko pozornie tak spokojne jak opisywanych przez nią poznańczyków. Jako pragmatyczna poznanianka, na co dzień zarządza restauracją i hotelem, nocą jednak, gdy hotel cichnie, przemieszcza się po pustych korytarzach i knuje… Z tego knucia powstała powieść, akcję kolejnej umieścić zamierza właśnie w hotelu, bo to bardzo sprzyjająca kryminałowi przestrzeń. Polichromię zaczęła jednak pisać nie w hotelu, ale na zapleczu własnego sklepu z miłosnymi kosmetykami. „Zapach kobiety” pełen był afrodyzjaków, perfum, feromonów, olejków do masażu, czekolad do malowania po ciele oraz kobiecej literatury. Miłosne gadżety nie znalazły jednak uznania wśród poznanianek i dziś na miejscu sklepu rozgościła się hiszpańska winiarnia. Joanna Jodełka jest też niewątpliwie pisarką „największego formatu” spośród zaprezentowanych w naszym przewodniku, była bowiem twarzą kilku kampanii reklamowych Kupca Poznańskiego, a jej fotografie w stylu retro pojawiły się na billboardach w całym mieście.
Pomysł powieści zrodził się z pracy magisterskiej, pisanej pod kierunkiem prof. Konstantego Kalinowskiego (któremu dedykowana jest książka), a poświęconej zabytkowej polichromii stanowiącej klucz do rozszyfrowania kryminalnej zagadki. Gdy w starej willi na luksusowym i spokojnym Sołaczu zamordowany zostaje emerytowany konserwator zabytków, a policjanci odnajdują jego zwłoki owinięte tylko w ręcznik z łacińską sentencją, nie podejrzewają, że w Poznaniu pojawił się seryjny morderca. Dociera to do nich, gdy kilka miesięcy później w podpoznańskiej wsi zamordowany zostaje ascetycznie żyjący mężczyzna, który prowadzi schronisko dla bezdomnych. Uwagę policjantów zwracają jego wyjątkowe okulary z łacińskim napisem na oprawkach. Komisarzowi Maciejowi Bartolowi w odnalezieniu mordercy pomaga młoda historyczka sztuki Magda Walichnowska, która staje się jego partnerką nie tylko w pracy. Stronice książki przemierzają dziesiątki mężczyzn z problemami oraz silnych kobiet, a wszystko w bardzo dobrze zarysowanej scenerii Poznania.
Wybitny poznański historyk sztuki – profesor Jan Skuratowicz chwali książkę za to, że łączy historyczną wiedzę, wartką akcję i intrygujące postaci. Najbardziej osobiste wyznanie uczynił jednak popularny DJ, Maciej Narożny: „Ostatni raz zarwałem noc kilkanaście lat temu i to z powodu książki Alistaira McLeana. Aż do teraz! A to przecież debiutantka!!!”. Poznańska pisarka zyskała także uznanie specjalistów od kryminałów i w grudniu 2010 r. uhonorowana została Nagrodą Wielkiego Kalibru dla najlepszej powieści kryminalnej wydanej w 2009 r.
Początek roku 2011 przyniósł kolejną powieść Grzechotka. Tymczasem Polski Instytut Sztuki Filmowej przyznał jej stypendium na napisanie scenariusza o napadzie bojówki PPS pod dowództwem Józefa Piłsudskiego na pociąg z pieniędzmi, do której to akcji doszło w Bezdanach na Litwie.

Paweł Cieliczko

 

Kościół Maryi Królowej

Do początków XX w. na skraju obecnego Rynku Wildeckiego stał drewniany wiatrak, a na jego miejscu w latach 1904-1907 zbudowano ewangelicki kościół pod wezwaniem św. Mateusza. Świątynię zaprojektował berliński architekt Oskar Hossfeld, który w tym samym czasie koordynował prace przy drugim poznańskim zborze, wznoszonym przy narożniku ul. Matejki i ul. Limanowskiego. Być może ze względu na koszty związane z budową kościoła na Łazarzu, wildecki zbór został zaplanowany odmiennie i znacznie skromniej.
Ten, zbudowany na planie prostokąta z niewielkim prezbiterium, kościół mieści się w schemacie wznoszenia świątyń protestanckich na początku XX w., a jego wieża, zwieńczona ośmiobocznym hełmem, wprost nawiązuje do kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu. Śląskie świątynie przypomina także prosta bryła z regularnymi neorenesansowymi skarpami i szczytami oraz piaskowcowy portal główny z charakterystycznymi ornamentami. Być może ta koncepcja wydała się właściwsza od wznoszonych wówczas świątyń neobarokowych, gdyż barok w Poznaniu zbyt mocno kojarzył się z czasami polskimi.
W 1945 r. kościół przejęty został przez katolików i pod wezwaniem Królowej Maryi pełni rolę kościoła parafialnego dla Wildy. Wygląd i wyposażenie wnętrza, a zwłaszcza sztukatorską dekorację pokrywającą kolebkowe sklepienie, świątynia zawdzięcza dziesięcioletniej renowacji (1962-1972). Z kościoła wychodzi się wprost na plac targowy przy Rynku Wildeckim.

Paweł Cieliczko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *