Juliusz Słowacki – Piekary

314-juliusz-slowacki-piekary1809-1849

Poznań, 2 dzień Świąt 1848 r.

Najdroższa moja! Zdziwisz się zapewno, odbierając ten list z Poznania; ja sam się dziwię, że tu jestem, że oddycham powietrzem, którego woń dzieciństwo mi moje przypomina, że widzę chłopaki polskie na wozach i po kościołach. […] Jestem tu na gościnie w domu, jakby rodzinnym, przyjęty i traktowany. Nie wiem wcale, jak długo wypadnie mi tu zabawić, a Ty, Najdroższa, wiesz, że dłużej, niż potrzeba nigdzie teraz nie zabawię, ale będę spieszył i kierował się tak, abym jak najprędzej u Ciebie stanął…

Listy do matki

Dwadzieścia lat rozłąki z najbliższą poecie osobą zaowocowało napisaniem poruszających Listów do matki. Słowacki w kolejnym z nich, kierowanym 10 maja 1848 r. z Wrocławia, pisał tak: „Wyrwałem się nareszcie z Poznania, gdzie mi było niebardzo wygodnie”. Ale już 14 maja donosił: „Siedziałem przez miesiąc gościnnie przyjęty, w jednym domu poznańskim; teraz siedząc w ciupie najętej u Niemca, jak ptaszek uwięziony”.
Autor Kordiana przyjechał do stolicy Wielkopolski 11 kwietnia 1848 r. z Paryża. Koleją podróżował do Kolonii, później do Berlina i dalej dyliżansem. Słowacki chciał przyłączyć się do wielkopolskiej Wiosny Ludów. Najpierw mieszkał u Karola Libelta przy ul. Święty Marcin, później w nieistniejącym już domu przy ul. Piekary 12, gdzie w latach 1849 i 1850 bawił Teofil Lenartowicz, a poetów gościł August Bukowiecki. Ten były major wojsk napoleońskich przy pożegnaniu opowiedział Słowackiemu o tym, jak kula ugodziła go w nogę w czasie bitwy pod Berezyną (1812) i jak trafił w Wilnie do doktora Becu. Ten, nienawidzący wszystkiego co polskie i francuskie, człowiek wyrzucił rannego do zasypanej śniegiem stajni, gdzie półżywego odnaleziono po trzech dniach. Odmrożenia był tak poważne, że musiano mu amputować odmarznięte dłonie i nogi. Stary żołnierz nie wiedział, że doktor Becu był ojczymem Słowackiego.
Wiadomość ta musiała być wstrząsem dla Słowackiego. Wrażenie, jakie zrobiła na poecie, odnotował syn Bukowieckich odprowadzający go do dyliżansu, który zapisał: „Biegnąc z miasta ku domowi, spotykam naszego poetę. […] poznaję od razu, że cios niezwykły w tę wrażliwą uderzył duszę. […] Zbliżaliśmy się do Bazaru, pociągnął mnie do cukierni Prevostego, tu kazał nalać dwa kieliszki wina i powiedział: »Gdy znowu wlokę się w daleki świat, a wiem, że na zawsze, więc strzemiennego« […]”.
Marceli Motty pisał o Słowackim: „Z pozoru nikt nie byłby mógł odgadnąć, że to wielki poeta; niejeden przechodząc koło niego byłby myślał, że jakiś skromny kancelista albo kupczyk. Dopiero w rozmowie sprawiała jego osobistość całkiem inne wrażenie: sposób mówienia, modulacje głosu, dziwne spojrzenia, nagle rzucane myśli objawiały coś nadzwyczajnego”.
W najsłynniejszym swoim „poznańskim” tekście Vivat Poznańczanie Juliusz Słowacki nie jest poznaniakom przychylny, wytyka im opieszałość w prowadzeniu powstania:

[…] że można broni kamiennej
Użyć – albo dubeltówek,
Chciał zdradzić – szelma półgłówek.

Przez warty obluzowanie
śmielszy, ów syn sukisynów,
Radził dostać karabinów
I zaraz zacząć strzelanie
Krzycząc: Vivat Poznańczanie!

Poznań wraca też w ustępie Beniowskiego:

Wtenczas w Poznaniu był ruch nieustanny,
Ale przez inne zapały sprawiony,
Wcale nie z mózgu – ruch cebernetyczny –
Ani też modny ruch – ale uliczny…

Ten fragment komentuje Edward Balcerzan: „Poznań stereotypowy jest porzundny, pracowity, cierpliwy, pobożny, skuteczny w interesach […] przyciężki w dowcipie […]. Gdy Słowacki pisał ten wiersz, Poznania nie znał […] znał stereotyp […]”.
Czyniąc mottem wersy z Vivat Poznańczanie, Ryszard Danecki pisze: „Albośmy to jacy tacy / hurraura warszawiacy, / krakowiacy-kosynierzy? / Tu się liczy, jak należy / broń i żywność i żołnierzy! / Wiwat, wiwat Poznaniacy! // […] Tu się czai sukces pracy / i powstanie, co się uda – / jak ów zryw tamtego grudnia / – kres wiekowej pruskiej buty! – / przepędzenie Niemców w lutym / i bunt Poznańskiego Czerwca – wtedy flagi, hen, na drzewca! / Wiwat, wiwat Poznaniacy!” – to fragment wiersza ze spektaklu w Teatrze Polskim z okazji Święta Niepodległości 11 listopada 1999 r. i Roku Słowackiego.
Wspomnieć jeszcze należy, że Marcin J. Januszkiewicz i Adam Pleskaczyński wydali w 2001 r. książkę o tytule nawiązującym do wiersza Słowackiego – I haj vivat Poznańczanie, co o Poznaniu wiedzieć wypada. W kilkuset krótkich artykułach prezentują w niej rzeczy mało i bardziej znane, a dotyczące Poznania i Poznaniaków.
Słowacki urodził się w Krzemieńcu jako syn Euzebiusza i Salomei z Januszewskich. Dzieciństwo spędził w Wilnie i Krzemieńcu. Na mapie jego podróży znalazły się Szwajcaria, Rzym, Neapol, Mykeny, Ateny, Egipt, Jerozolima, Betlejem. Umarł na gruźlicę 3 kwietnia 1849 r., pochowano go na cmentarzu Montmartre w Paryżu. W 1927 r. jego ciało spoczęło na Wawelu. Popiersie Słowackiego znajduje się w parku Marcinkowskiego w Poznaniu, został też patronem jednej z jeżyckich ulic.

Paweł Cieliczko
Joanna Roszak

 

Piekary

Piekary, Garbary, Rybaki, Czapniki, Stelmachy to najstarsze poznańskie przedmieścia, osady rzemieślnicze założone jeszcze podczas panowania pierwszego polskiego króla, które z czasem zostały wchłonięte przez rozrastające się miasto, a ich ślady pozostały tylko w onomastyce. Ulica Piekary – zamieszkiwana niegdyś przez piekarzy – znajduje się w samym centrum miasta i wiedzie od ul. Święty Marcin do ul. Ogrodowej. Nie ma na niej już jednak śladów starej osady, przedmieścia, a nawet kamienic z XIX w., które zostały zburzone w latach siedemdziesiątych XX w.
„Piekary mojego dzieciństwa z połowy lat 50. – wspomina filmoznawczyni Małgorzata Hendrykowska – miały konsekwentną zabudowę starych kamienic. Ulica była wąska, z wielkimi, granitowymi płytami chodnikowymi i kocimi łbami. Gdy czasami o zmierzchu wracałam z Rodzicami do domu, widziałam mężczyznę, który długim drągiem zapalał gazowe latarnie. Scena jak z Gabinetu doktora Caligari. Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, ale dawniej ta ulica była zielona, rosły wielkie platany, a przed każdą kamienicą znajdował się mały ogródek otoczony żelaznym ogrodzeniem. […] Na Piekarach znajdowały się też małe sklepiki, gdzie było wszystko: i gruszki, i malownicze, długie warkocze czosnku, i zapach zapamiętany, a dziś przywołujący wspomnienia, jak smak proustowskiej magdalenki. Miałam też swój ulubiony widok. U wylotu Piekar, w stronę placu Bernardyńskiego, widać przepiękne miejsce. Nie wiem dlaczego, ale jako dziecko wyobrażałam sobie, że tak wygląda Neapol. Ten widok do dziś jest bajkowy”.

Paweł Cieliczko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *