Wojciech Stamm – Ulica Ratajczaka

328-wojciech-stamm-ulica-ratajczakaur. 1965

Po drugiej stronie ulicy, niemalże naprzeciwko głównego wejścia do prezydium policji, mieściła się kameralna kawiarenka o wdzięcznej nazwie Giselle. Choć Sigmund nigdy wcześniej tam nie gościł, wiedział doskonale, że postawiony tuż przy głównej szybie lokalu stolik jest najlepszym miejscem dla każdego, kto ma zamiar prowadzić dyskretną obserwację obiektów znajdujących się po drugiej stronie ulicy. Jedynym interesującym obiektem po drugiej stronie ulicy była brama wejściowa do budynku prezydium policji.

Doktor Jeremias

Wojciech Stamm pochodzi z Gdańska, z którym wiąże się początek jego działalności artystyczno-performerskiej w grupie Totart. Jako reżyser realizował projekty Babcia Zosia, Ciocia Leosia i Dziadek Stanisław, jako publicysta związany był z „brulionem”, jako dziennikarz telewizyjny – z jego telewizyjną emanacją Dzyndzolodzy i Alterna TiVi, natomiast jako prezenter radiowy współpracuje z formacją radiowo-performerską „gutbaj poznań”.
Jako poeta zadebiutował w 1987 r. arkuszem poetyckim AIDS – szwedzki obóz koncentracyjny, falowce na Oruni albo in fla granti w domu Laskowskiego lepiąc domek/bombę wydanym przez wydawnictwo „Zlew polski” w nakładzie 40 egzemplarzy. Drukował w takich pismach jak „b1”, „Homek”, „Kolano”, „Metafizyka Społeczna”, „Tygodnik Literacki”, a jego utwory ukazały się w antologiach: Xerofeeria, Overground, Macie swoich poetów oraz Napisane w Niemczech. Jako prozaik debiutował w 2000 r. zbiorem Dramatyczne pomysły Lopeza Mausere, w 2008 r. wydał powieść Czarna matka, a w 2010 r. – wraz z Sebastianem Koperskim kryminał Doktor Jeremias.
Doktor Jeremias to kolejny z licznie wydawanych w ostatnich latach kryminałów rozgrywających się w poznańskiej scenerii. Akcja tej powieści umieszczona została w 1913 r. Nad bogatym, dostatnim, nowoczesnym, mieszczańskim Poznaniu krąży widmo nadciągającej nieubłaganie wojny, która może zmienić świat. Nikt nie myśli jednak jeszcze kategoriami dwudziestowiecznymi, a wszyscy żyją w – jakby przedłużonym – XIX w. W bramie kamienicy przy ul. Wodnej odnalezione zostają zwłoki brutalnie zamordowanej nastoletniej dziewczynki. Wyjaśnieniem sprawy ma się zająć komisarz Heinrich Windelband z poznańskiej Kriminalpolizei. Wyniki sekcji zwłok budzą wątpliwości przeprowadzającego ją patologa – Anzelma Schoena, który dzieli się spostrzeżeniami z przyjacielem – doktorem psychiatrii Sigmundem Jeremiasem. Lekarze postanawiają rozpocząć niezależne śledztwo, które doprowadzi ich do najwyższych pruskich urzędników, polskich ziemian, księży katolickich, oficerów armii niemieckiej. Okazuje się, że przestępcami mogą być wszyscy, ale skazać można tylko niektórych.
Ogromnym walorem książki jest ukazanie dziewiętnastowiecznego Poznania z zupełnie nieznanej nam perspektywy. Nie patrzymy na miasto z okien hotelu Bazar, PTPN-u, polskiego kościoła czy organizacji samopomocowych, które walczyły z germanizacją. Przez miasto prowadzą nas bohaterowie, którzy nie mają nic wspólnego z pruską opresją, ale są nowoczesnymi ludźmi, którzy pozycję zawdzięczają swojej ciężkiej pracy i uporowi. Czują się poznaniakami i są dumni z rozkwitającego miasta, są patriotami lokalnymi, nie gorszymi niż Polacy. Polacy w książce pokazani są zaś w sposób zupełnie „odbrązowiony”. W gmachu PTPN-u odbywa się wykład polskiego podróżnika, który przedstawia zmumifikowane zwłoki kilkuletniej dziewczynki i opowiada o tym, jak w „społeczeństwach dzikich” dzieci wcześnie podejmują aktywność seksualną, co szalenie bulwersuje poznańskich mieszczan. Hrabia Maciej Mielżyński pojawia się nie jako bohater sprawy narodowej czy wielki filantrop, lecz zazdrosny mąż, który zabił żonę i jej kochanka. Jako arystokrata uniknie jakiejkolwiek kary ze strony pruskiego wymiaru sprawiedliwości. Kanonik katedry poznańskiej okazuje się homoseksualistą współpracującym z tajną policją. Najbardziej jednak zaskakuje obraz polowania zorganizowanego w jednym z polskich dworów, na które zjeżdża się regionalna śmietanka towarzyska, a impreza – z perspektywy doktora Schoena – wygląda na paradę próżności, bezmyślności i chocholi taniec zadufanych ludzi, całkowicie oderwanych od rzeczywistości.
Warto spojrzeć na Poznań i poznaniaków oczami Wojciecha Stamma i Sebastiana Koperskiego. Ich przenikliwy wzrok ukazuje wiele rzeczy, o których istnieniu nie mieliśmy nawet pojęcia, a przy tym pozwala nam dostrzegać więcej w naszym współczesnym Poznaniu.

Paweł Cieliczko

no images were found

Ulica Ratajczaka

Akcja powieści kryminalnej Wojciecha Stamma i Sebastiana Koperskiego ogniskuje się wokół Prezydium Policji poznańskiej – miejsca pracy komisarza Windelbanda, które znajdowało się naprzeciwko budynku Arkadii, przy ówczesnej ul. Rycerskiej (Ritterstarsse).
Z budynkiem Prezydium Policji wiąże się zresztą obecna nazwa ulicy – Ratajczaka, a w zdarzeniu, które ona upamiętnia, brali zapewne udział liczni bohaterowie Doktora Jeremiasa. Podczas szturmu na siedzibę policji, w pierwszym dniu powstania wielkopolskiego, śmiertelnie ranny został bowiem Franciszek Ratajczak, a jako pierwsza ofiara walk stał się symbolem tego zrywu, co upamiętniono w nazwie ulicy, przy której zginął.
Franciszek Ratajczak zapewne nigdy nie spodziewał się takiego honoru. Nim zginął w wieku 31 lat, pracował jako cieśla górniczy w Westfalii, potem walczył w armii niemieckiej na froncie zachodnim, w 1918 r. przybył do Poznania z grupą członków Sokoła i został dowódcą plutonu. Samo Prezydium Policji nie zostało zaś zdobyte podczas ataku, w którym zginął, gdyż niemieccy obrońcy poddali się, i to nie w efekcie walki, ale negocjacji prowadzonych z Polakami.
Patrona ulicy upamiętnia tablica na kamienicy nr 42 (CZEŚĆ PAMIĘCI POWSTAŃCÓW WIELKOPLSKKCH // DNIA 27 GRUDNIA 1918 R. / POLEGŁ / W TYM MIEJSCU / W WALCE / O WYZWOLENIE / OJCZYZNY SYN / ZIEMI WIELKOPOLSKIEJ / FRANCISZEK / RATAJCZAK). Przypomnieć warto, że w 1919 r. zawieszono dwie drewniane tablice, którymi uczczono pamięć zarówno Franciszka Ratajczaka, jak i Antoniego Andrzejewskiego, który zginął w tym miejscu wraz z nim, ale jako że wyzionął ducha chwilę później, nie stał się symbolem i nie ma w Poznaniu swojej ulicy. Drewniane tablice zostały zamienione na żeliwne w 1929 r., a te zniszczyli Niemcy.
O obecnie wiszącej tablicy pisał w wierszu Franciszek Ratajczak, poznański poeta Włodzimierz Scisłowski

Gdzie róg Ratajczaka i Placu Wolności,
Często leżą kwiaty przy skromnej tablicy.
Tu właśnie Ratajczak krwią swą chodnik zrosił,
On, pierwszy powstaniec, co padł na ulicy. […]

Paweł Cieliczko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *