Zenon Laskowik – Ulica Woźna

192-zenon-laskowik-ulica-woznaur. 1945

Nie wiadomo, kim była ta woźna, że doczekała się swojej ulicy, ale na pewno była Kimś. Albo z Kimś.

Kołowrotek

Dalej Laskowik perorował o poznańskości, która nakazuje szacunek dla człowieka pracy, także pracy fizycznej, i dlatego tylko w Poznaniu jest możliwe, że swoje ulice mają i Woźna, i Palacz. Pretekstem do wygłaszania tego monologu był fakt, że poznański kabaret TEY wystawiał swoje przedstawienia w sali przy ul. Woźnej właśnie. Woźna nie była jednak pierwszą ani ostatnią siedzibą kabaretu, który był i pozostaje do dziś kwintesencją poznańskości.
Założycielem i (jakbyśmy to dziś powiedzieli) front menem powstałego w 1970 r. kabaretu był Zenon Laskowik, a pierwszym jego partnerem – Krzysztof Jaślar. Przez kolejnych 16 lat Laskowik współpracował z Januszem Rewińskim, Grzegorz Warchołem, Aleksandrem Gołębiowskim, Rudim Schuberthem i wreszcie z Bohdanem Smoleniem.
Jan Grzegorczyk pisał, że fenomen kabaretu TEY polegał na tym, że mówiono w nim głośno to, co ludzie myśleli po cichu, w obecności tych, którzy nie kazali tak myśleć. Pierwszy program kabaretu nosił bezpretensjonalny poznański tytuł: Burza u Żuża, czyli czymu ni ma dżymu; kolejne, do których teksty pisał Laskowik, to – Wizyta i kwita; Humor, skecz, piosenka, wesołe monologi i ktoś z Warszawy; Dislus Ursus Super Star; Bajka o baraku i Złotej Szpilce; Najlepiej nam było przed wojną; Zbiórka, czyli z rolnictwem na Tey; Na granicy; S tyłu sklepu; Kołowrotek; Szlaban; Przedszkole; Szkoła; Uniwersytey.
TEY zrobił oszołamiającą karierę. Na Festiwalu Opolskim w 1973 r. otrzymał Złotą Szpilkę dla najlepszego kabaretu za monolog Laskowika Mamuśka. Żarty z władzy tej władzy się jednak nie podobały i pod pretekstem remontu pozbawiono kabaret pierwszej siedziby przy ul. Masztalarskiej. Laskowik znalazł harcówkę na peryferyjnej ul. Widnej i szybko okazało się, że tam też walą tłumy. W końcu otrzymali lokal przy ul. Woźnej.
Małgorzata Ostrowska, wspominając tamten okres, pisała: „Jestem wielką szczęściarą, bo zaraz po przyjeździe do Poznania trafiłam do Teya, najlepszego w tych czasach kabaretu w Polsce. Spędzałam tam dni i noce. Dla dziewczyny zaraz po maturze to był poważny łyk wolności i zarazem twardy chrzest, bo środowisko było zabawne, ale też bezlitosne. Odebrałam tam prawdziwą szkołę życia. Zetknęłam się z inną, nieznaną mi dotąd oceną rzeczywistości, spotkałam się z cenzurą. Po raz pierwszy byłam w nocnym lokalu. Piłam pierwszą wódkę. Żyło się wesoło i ciekawie. W Teyu przy ulicy Woźnej wszystko było szalone, nieprzewidywalne i mogło stać się pretekstem do wygłupu. W drzwiach do toalet było po siedem klamek, ale tylko jedna je otwierała, trudno było trafić na właściwą. Jeśli się już udało, na wchodzących czekały kolejne niespodzianki. Zdarzało się, że z toalety kobiety wybiegały z piskiem, bo zobaczyły przyczepionego do sufitu faceta – manekina naturalnej wielkości z rozpiętym rozporkiem. W męskiej toalecie był manekin >>kobitki<<, ale stamtąd panowie jakoś z krzykiem nie uciekali…”.
Po latach sukcesów odnoszonych z TEY-em, Laskowik oddał klucze do lokalu przy ul. Woźnej, na kilkanaście lat zrezygnował z wszelkiej działalności artystycznej i z ostał listonoszem na Osiedlu Bajkowym, zajmując się nie tylko dostarczaniem ludziom listów, ale i poprawianiem im nastroju. Jak opowiadał pozwoliło mu to się odnaleźć, wyciszyć, rzucił alkohol, papierosy oraz zrzucił kilkadziesiąt kilogramów i wreszcie on – magister wychowania fizycznego – zaczął prowadzić zdrowy tryb życia. Do powrotu na scenę namówił twórcę TEY-a Jan Babczyszyn, który w swej restauracji WZ przy ul. Fredry uruchomił scenę O.B.O.R.A. (Ostatni Bastion Obrony Rozumu Artystycznie). Laskowik zaczął tam występować wraz z Władysławem Sikorą ze słynnego zielonogórskiego kabaretu Potem. Po kilku latach drogi panów się rozeszły i Laskowik występował ze swoją Kabareciarnią na prowadzonej przez Radka Lewandowskiego Scenie Rozmaitości (w dawnej sali kina Grunwald), potem w kinie Apollo, a obecnie występuje gościnnie wraz z kabaretem Jacka Fedorowicza.
A Woźna… a Woźna wciąż ma swoją ulicę w Poznaniu… i Palacz też.

Paweł Cieliczko

no images were found

Ulica Woźna

Wbrew temu, co mówił Zenon Laskowik, woźna z jego monologu nie była Kimś, ani też nie sypiała z Kimś, i żadna woźna nie patronuje ulicy o tej nazwie. Nazwa jednak istotnie pochodzi od człowieka pracy fizycznej, tyle że nie od woźnej, ale od woźnego… sądowego, który mieszkanie służbowe znajdowało się przy tej ulicy. Starsi poznaniacy zwali ją ul. Butelską i nie wiązało się to wcale z opróżnianymi przy niej butelkami. W tradycyjnej nazwie przechowali jej niemieckie brzmienie, kiedy zwana była Büttelstrasse lub Botengasse, co też honorowało mieszkającego tam woźnego sądowego, tyle że w niemieckim brzmieniu jego funkcji.
Na ul. Woźnej znajdowała się również kamienica należąca do innego pracownika magistrackiego – kata. Mieszkał w niej z żoną, której zajęciem było z reguły prowadzenie katowskiego burdelu. Przybytek taki przy ul. Woźnej funkcjonował przez wieki. Była to rzecz typowa, gdyż kat był człowiekiem wyłączonym ze społeczności miejskiej jako ten, który karał, a więc także wykonywał wyroki śmierci. Podobnie było z pannami lekkich obyczajów, które także funkcjonowały na obrzeżach społeczeństwa, stąd regułą było, że miejski burdel prowadził właśnie kat.
Ulica Woźna to jedna z uliczek wychodzących ze Starego Rynku na wschód. Znajdowała się przy niej jedna z czterech bram wjazdowych do miasta. Wytyczona została w 1253 r., wraz z kilkunastoma pierwszymi ulicami lokowanego właśnie miasta. Przez stulecia była bardzo ruchliwą ulicą, pełną kupców i rzemieślników, potem życie na niej prawie zamarło (a wyrazem tego było ulokowanie w pobliżu licznych zakładów pogrzebowych) szczęśliwie po kilkudziesięciu latach znów odżywa i staje się coraz piękniejsza.

Paweł Cieliczko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *